Szum
Wpadła do mnie wczoraj znajoma, zmartwiona, że zniknęłam i nigdzie mnie spotkać nie można.
- Manekin bez ciebie jest pusty - jęczała - wpadnij, nudzimy się.
- Nie mam apetytu na spotkania - burknęłam, myśląc o cholernych brakach finansowych.
Ona rozejrzała się po mojej zwariowanej pracowni i od razu dostrzegła właściwe rzeczy.
- No wiesz! Powinnaś zrobić trochę szumu wokół siebie, to jest świetne!!!
- Co ty nie powiesz - odpowiedziałam jadowicie i z irytacja - świetne, to jest, jak jest sprzedane!!!
- A próbujesz?
- A nie?! Ani tanio, ani drogo, nie będę Allegro pasła, bo nie mam za co.
- Sklepy tutaj?
- Nie denerwuj mnie, byłam w trzech wszędzie to samo. Ledwo zaczynam mówić co mam, z czym przyszłam paniusie kręcą głową i mówią, że to „nie schodzi”!!! Bez oglądania, nie chcą oglądać!!! - wrzeszczałam ściekła.
- Czasem sprzedaję za granicę, za rzadko, żeby z tego żyć, ale zawsze coś, bo ceny są spox. Czyli to się podoba…
Zabrała parę sztuk, obiecała przyprowadzić kogoś, kto może zamówi obraz…
Dobry i taki szum…
Zawinięte rękawy
Pracy szukam ciągle, nieustannie, ale staram się nie wydawać na to pieniędzy, to znaczy robić to możliwie tanio…
Z drugiej strony zajmuję się tym, co potrafię, w nadziei, że moja produkcja zainteresuje jakieś sklepy. I tu mam prawdziwą zagwozdkę, jakoś mało w Toruniu, mieście podobno turystycznym, mało mówię, galerii sztuki użytkowej, albo ja jakoś ich wykryć nie potrafię?! Podobno mam talent, podobno robię piekne rzeczy, coś w tym jest skoro ostatnio wysłałam paczuszkę do stanów. No, nic, nic, i tak nie mam pracy. Nie umiem siedzieć bezczynnie. W dzień coś robię, w nocy piszę, piszę masami. Chcę to wydać w dodatku, ano zobaczymy, to nie będzie w końcu mój debiut w druku, ale może teraz lepiej płacą??? Tak, myślę o zarobku pisząc, robiąc inne rzeczy też, ale NIE po to żyję, by gnać od złotówki do złotówki. Tylko narzekać jest łatwo, reszta idzie z trudem, ale to właśnie najcenniejsze! To, co zdobywane z wysiłkiem i po grudach, pod górkę i pod wiatr.
Co tu kryć, marzę o normalnym życiu, gdzie nikt nie martwi się, czy mu starczy do „pierwszego”, nikt nie dostaje zawału, bo znowu prąd drożeje i coś jeszcze. Mam jeszcze inne marzenia też
Zwycięstwo
Nie wiem czemu tak się utarło, że rozpamiętujemy klęski nader chętnie i długo, a zwycięstwa jakoś ciszej się traktuje. Mamy dziś jedno z radośniejszych świąt narodowych, powód do prawdziwej dumy. Bitwa Warszawska to jedna najważniejszych bitew świata, z czego mało ludzi sobie zdaje sprawę. Dlaczego? Ano dlatego, że media lubują się w klęskach, skandalach bo to przynosi dochody… O, nie dziś nie będę paprać w tym temacie-rzece.
Niech się święci ten piękny dzień polskiej sławy i chwały!
(W internetowym wydaniu „Nowości” zabrakło mi informacji o tym, gdzie, kiedy w Toruniu są jakieś rocznicowe uroczystości. To poważna wada wydania www.)
Dzień z góry
Wstałam dziś rano, tak rano, że już kawał dnia mam za sobą i mogłam dzień obejrzeć z góry poniekąd. Nie lubię marnować czasu, nie lubię tego i już, co nie znaczy, że nie cenię leniwych chwil - nawet je celebruję i uwielbiam. To te chwile dają nam natchnienie!
Napisałam dziś dużo, wreszcie widzę jakiś koniec i co gorsza jestem z siebie zadowolona. No właśnie, czy to dobrze być zadowolonym z siebie samego?! To jest najtrudniejszy moment znaleźć kogoś, kto naszą twórczość oceni chłodnym, bezstronnym okiem. Już dość nerwowo rozglądam się za kandydatem, zapewne przyduszonym nieco „ochotnikiem”. Pisać chciałam od zawsze, ale dłuuugo wydawało się, że jest za wcześnie, że za mało wiem, umiem i takie tam… W dodatku jakiś lęk przed popadaniem w grafomanię, nie dotarła w pełni do mnie niegdysiejsza opinia Profesora: ty się dziecko bierz za pisanie. Zresztą przecież nie tylko piszę! Rónie ważne są inne, rodzaje twórczości ale mają wspólną cechę: nie dają zarobić na życie, owszem dają „sławę i chwałę” ale marne pieniądze. Gdyby się żyło dla pieniędzy… na szczęście nie, nie, jeszcze raz nie! Robię to, co mi w duszy gra, w przerwach chwytam chałtury pisząc reklamowe teksty, pisząc za kasę.
Jak wiele możliwości daje każdy dzień. Szczególnie jak się rano wstaje z głośnym:
- To będzie dobry dzień!
Czego wszystkim życzę!
Lisie ścieżki
Owszem, lubię chodzić własnymi drogami, ale nie mam lisich, podstępnych zwyczajów, co gorsza matka natura nie obarzyła mnie intuicją, jestem równie daleka dyplomacji… A to dziś kalectwo jest!
W sobotę podziękowałam mojemy nielegalnemu dawcy pracy. Potem siedziałam na przystanku nie mając siły? woli? by wstać i wsiąść do kolejnych, rzadko odjeżdżających autobusów. Znów więc będę w stresie, będę przełykac uwagi, żeby pójść do opieki społecznej, czy jak im tam… Nigdy w życiu nie żebrałam i nie będę - wiem to brzmi buntowniczo, ale dla mnie sprawa godności osobistej. Szczęśliwie nie mam na karku dzieci, za które musiałabym być odpowiedzialna.
Co do lisich metod, to nigdy nie wiem co mówić potencjalnemu pracodawcy, czego nie. Wielu nie podoba się to, że opłacam sama składki ZUS - nie rozumiem kompletnie… jakby nie było, zaleta?! Coraz bardziej się dziwię…
Co gorsza zaczynam być przewrażliwiona, unikam znajomych… Zraniłam kogoś teoretycznie bliskiego i chyba bardzo zraniłam. Ale ktoś bliski powinien zrozumieć, o co walczę… A nie proponować spożywanie owoców pracy jego własnych rodziców… rola podniesionego z ubogiego bruku kopciuszka ?! Nie, dziękuję! Wolę być sobą!
PS. Listonoszem nie zostanę: wymagają dobrego zdrowia, może i racja…
Upał i drobiazgi
Upały mi nie szkodzą, a nawet je uwielbiam. Jednak po dniu ciężkiej fizycznej pracy, kiedy musiałam przejść przez miasto rozglądałam się za jakimś miejscem, by usiąść na chwilę. Owszem takie miejsca są na starówce, nie mówię tu o gródkach, które nie służą do posiadywania, ale do konsumpcji… Miesca do przysiadywania na chwilkę są obsadzone osobnikami, których trudno czasem nazwać istotami ludzkimi, nawet trudno się zbliżyć. Może miałam pecha, może…?
Druga sprawa, to gdzie kupić sobie przysłowiową kroplę wody w upały?! W mieście jest dziwny nieurodzaj na sklepy spożywcze, a nie każdy chce pchać się pod parasole, gdzie owa kropelka nabiera nagle ceny złota…
Ech, narzekam… ale wina mojej obecnej pracy, zaczyna mi potężnie dokopywać. Jutro mam zamiar sprawdzić, czy jest łatwo zostać listonoszem, podobno ich brak, podobno torby za ciężkie, podobno za mało płacą.
Być może upał jednak mi zaszkodził, marzę o pracy, która wykorzysta choć 10% moich możliwości… i będzie legalna. Chyba popadam w obsesję, robię się monotematyczna, czy to już pora umierać?!
Wzór
Od mojego czarnego, nielegalnego pracodawcy usłyszałam dziś nie lada komplement, że jestem wzorem idealnego pracownika… Mimo dobrego wychowania, zaklęłam z lekka w skołatanym duchu, bo komplementu nijak odwzajemnić nie mogłam! On nie jest wzorem, a ja też nie. Oboje popełniamy przestępstwo. I to nie jest przyjemne uczucie, słowo daję!!! Jasne, można się wypiąć i nie pracować na czarno, ale jeśli uczciwie, rzetelnie i co tu szklić z niemałym nakładem finansowym, szuka się pracy a jej nie ma, to CO ROBIĆ?! Poszukiwania kosztują, na dodatek o ładne parę lat za późno dowiaduję się, że najlepiej być budowlańcem!
Brak pracy degeneruje, degraduje, wykopuje ze społeczeństwa. Już łapię się na tym, że unikam spotkań ze znajomymi w lęku przed wydatkami nawet na nędzną wodę mineralną… Już nie kupuję ulubionych czasopism, a księgarnie omijam możliwie najszerszym łukiem. Boję się chwili, kiedy będę musiała oszczędzać na jedzeniu, a dobre odżywianie jest ważniejsze dla mnie niż leki..
Właśnie to jest najgorsze, Strach, który przychodzi razem z bezrobociem. Lęk, który budzi nad ranem i męczy milionami pytań, które brzmią jednakowo: co dalej…? Należę do wyjątkowo upartych osłów, stawiam się chorobie, ale nie umiem dać sobie rady z brakiem pracy. Ta, którą mam wykańcza mnie powoli i podstępnie, jest po prostu ponad moje siły, ale będę miała odwagę ją rzucić?!
Do czorta!!! Może ja jestm po prostu ślepa na jakieś proste, łatwe rozwiązanie?! Nie, nie poddam się!!!
Wyczerpanie - tytuł pokrętny
Wyczerpanie jest niemożliwe. Źródło bije zawsze i daje nam więcej niż możeny zaczerpnąć i unieść. Jest tylko kwestia, czy potrafimy, czy chcemy…
Po powrocie z pracy, owszem jestem wyczepana fizycznie do imentu, ale mózg, cała reszta, prosperuje doskonale. Robię notatki, nie - jestem odległa o lata swietlne od pisania pamiętnika, to raczej zbiór impresji, czegoś co uleci za chwilę. Bo motyle ruchliwe są, nie nadają się napatrzeć długo, może dlatego wydają nam się takie piękne? Piękno trudno osiągalne jest, dlatego bezcenne.
Carpe diem! Tak, ale chwytaj piękno też!
Wczoraj rano w autobusie zabrakło kogoś ze stałego składu: zakonnicy. Dziś pojawiła się ponownie. Wydawało mi się, że ma figlarny wyraz twarzy, ale nie przyglądałam się nachalnie. Kiedy wysiadła, jak zwykle na tym samym przystanku, spojrzałam na nią. Oddalała się swoją ściezką do nikąd, nagle obejrzała się uśmiechnęła do mnie. To było parę sekund, za monent zniknęła. Już wiem, ona ma najpiękniejszy uśmiech na świecie.
Próbuję się nie poddawać, ale praca daje mi się we znaki. Czuję się gorzej, marzę o zmianie, ale póki co mam co mam.

