Koński pot
Chyba pierwszy taki ciemny, już jesienny poranek. Mokra trawa, ostry zapach parującej na chłodzie końskiej sierści. Poniosło wilka do lasu! To znaczy mnie poniosło do dawnych znajomych, którym się konie zastały, bo nie ma kto objeżdżać. Nieładnie jest obgadywać kogoś za plecami, toteż tego nie robię, bo już im powiedziałam w oczy. Typowe „gospodarstwo” mieszczuchów, którzy nie do końca byli świadomi, co oznacza życie na wsi i jakie ciężkie obowiązki niesie. Do ciężkich należy też opieka na zwierzętami. To czujące istoty, zdane na łaskę człowieka, lub niełaskę…
Nie naprawię świata, ale zrobiłam co mogłam, a na deser szalony kłus i galop po dość niebezpiecznej, bo śliskiej od obfitej rosy łące. Konie źle podkute… spasione… ale bijące od nich ciepło jest takie żywotne i to poczucie ich siły! Chyba dużo zyskałam tego rana!
A bo i wiatr ostry, i aż boleśnie pachnący ziemią, wodą, zielskiem i końskim potem.
Lato, zostań!
Chwytam każdy dostępny promyk słońca, coraz chłodniej, ale o poranku wybiegam z domu. Powietrze wydaje się bardziej czyste, pachnie trochę lasem, choć to nie to… Żyjemy w mieście, które jest bezwzględnie egoistyczne, zatruwa naturę, która dzielnie walczy o swoje! Moje życie to też walka, być żyć… po swojemu.
Lubię rano zajrzeć na zielony targ, nabrać apetytu na coś soczystego jak polska grucha, cudownie lśniącego jak bakłażan, zarumienionego jak jabłucho. To najpiejkniejszy czas, stragany uginają się od wszystkiego co najlepsze.
Smacznego!
Umysł o poranku
Dziś o upiornie porannym czasie gimnastyka umysłowa. Mam taki świetny kontakt, na drugiej półkuli - nie mózgu, tylko naszego globu, czasem rozmawiamy i to jest naprawdę coś! Coś wielkiego dla mnie, potężna dawka wiedzy, opinii, poglądów, wiadomości, a wszystko podane w pigułach i doprawione znakomitym gatunkowo humorem. Zaczęło się of fascynacji pewnym skromnym, znalezionym przypadkiem blogiem, na którym było jedno zdanko na temat Polski. Zdanko złośliwe, błyskotliwe i wynikające z braku wiedzy i rozeznania. Rozeźliło mnie! Napisałam komentarz, autor się odezwał, przedstawił, a mnie zatkało. Zaczęłam sprawdzać na ile mogłam i chyba rzeczywiście to VIP? Nie kolekcjonuję VIPów, nie podniecają mnie takie znajomości, ale zaimponował mi poziom intelektualny.
Od czasu do czasu rozmawiamy w czasie rzeczywistym, u mnie to wypada nad ranem, u niego w nocy. Po tych rozmowach dosłownie iskrzę, taka burza mózgu świetnie mi robi, nie mówiąc o szlifowaniu języków. Kotakty z innymi luddźmi, jakie ważne są, szczególnie jeśli nam dają impulsy, inspirują. Zupełnie jak odświeżający prysznic.
A teraz zainspirowana, tryskająca kreatywną energią, zabieram się swojej pracy.
Miłego dnia!
Długi krok
Wczoraj chemia, dzień jednak nie zmarnowany, bo mogłam wrócić do domu i robić swoje. Dziś cudowny pracowity poranek, potem bieg po drobne zakupy i nieduża rundka na rowerze. I dalej, projekty do rozrysowania czekają, praca wre! Są zamówienia, rozmowy z wydawnictwem nabierają rumieńców, było też parę telefonów…
To lubię, ten bieg, ten puls życia! Więc dalej i dalej! Pozytywna spirala sama się nakręca, jesli tylko tego chcemy! Tego za nas nikt nie zrobi, nawet najlepszy przyjaciel nie wleje w nas tego przekonania prawdziwego, że życie jest cudownie piękne!
Dziś i jutro
Rano downhill, i potężny zastrzyk energii. Rower ma wiele zalet. Lubię też pływać, ale jakoś odrzuca mnie od publicznych basenów, może uda mi się wyrwać do znajomych nad cudowne ciepłe morze. Ale bez tego też przeżyję!
Potem chwila pracy, na rajzbrecie rozpięte projekty, aż ssie do działania. Jeszcze gdzieś tam tli się marzenie o jakiejś bardziej regularnej pracy - co oznacza regularne pieniądze, ale chyba to marzenie zdechnie śmiercią naturalną. O pracę trudno, szczególnie w moich zawodach wyuczonych. Co nie znaczy, że nie będę szukać.
Lubię poranną kawę i chwilę odpoczynku, szczególnie jeśli na nią zasłużyłam. Do licha, lubię siebie i lubię być dla siebie dobra, to mnie wyczula na innych ludzi. Jestem asertywna, ale krzywdzić nie lubię i nie umiem. Parę problemów do rozwiązania to jest. Osobistych. Takich trudnych. Kiedyś trzeba będzie podjąć decyzje, kiedyś…
Jutro, nie lubię o tym mysleć, jutro szpital, będę się czuła jak drzewo wyrwane z korzeniami, zdane na cudzą wolę. Jestem dostatecznie silna, mam nadzieję, że wytrzymam.
Kosz, kosz!!!
Dziś rano ze znajomymi graliśmy w kosza. Więcej było śmiechu, niż gry, choć w końcu nas pogieło nieco ze zmęczenia. Świeżutki poranek, trochę ruchu i śmiech! Życie jest soczyste jak pomarańcza!
Miło jest poczuć się znowu czwartym kołem a nie piątym, miło jest znowu być więcej niż zerem. Szukam pracy, ale teraz już na spokojnie, bez dławiącej za gardło paniki.
Lubię pracować w domu, choć marzy mi się własna pracownia, przstrzenna i wygodna, lubię być sobie samej szefem. Taka praca wyrabia samodyscyplinę i sposób myślenia o wszystkim. Teoretycznie taki pracownik jest cenny dla każdego, praktycznie ciężko znaleźć pracodawcę. Może, może nie będę musiała szukać, może uda mi się przeskoczyć barierę zarobków i wystarczy nie tylko na ZUS??? Marzenia są potrzebne! To moje skrzydła!
Skoro trafiłam dziś wszyskie osobiste, choć jestem najmniejsza?! To dalej, dalej, aż na koniec świata i jeszcze, i jeszcze!!!
Ani kroku wstecz
Codziennie choć mały sukces! Takie postanowienie przynosi rezultaty. Nie mogę przecież czekać, aż coś zrobi się samo?! Czekanie na cud, na wygraną, na coś za darmo… to myslenie magiczne, może i nawet ma urok, ale skutki raczej mizerne. Wygrana, czyli coś za minimum wysiłku lub za darmo?! Bajki!
Ostatnio jest pięknie, czasem słońce, czasem deszcz i tęcza ogromna! Tak jak w życiu. Odżywam, praca mi daje skrzydła. Dziś znów małe spotkanko, należy mi się relaks, nagroda za harówkę przez cały długi dzień. Znowu odrobinę kapie kasa, własna, to jest satysfakcja! Choć kasa malutka, ale radość wielka! Nie, nie pieniądze tak nie cieszą, jak to, że ludzie zauważają mnie wreszcie. Muszę zrobić stronkę www do końca, dla mnie nie -programisty to dopiero wyzwanie! Czasem, mam ochotę rzucić. Powinnam wynająć webmastera, ale spotkałam tylu nieuczciwych, że szok, zraziło mnie chyba na zawsze!
Dwa kroki naprzód, krok w tył
Mój entuzjazm nie niknie, szaleję w pracowni, choć tak mikroskopijnej, odżywam, nabieram rozmachu. I tu dużo gadać, czuję że się rozwijam, że panuję nad potężnym żywiołem. To się chyba nazywa szczęście? Jasne, że szczęściu różnie może być na imię. Ale praca to ważny rodzaj szczęścia, tyle czasu jej poświęcamy! Nielubiana praca, to marnowanie życia.
Czasem aż gryzę palce, negocjacje z Wydawnictwem ruszyły, nie bardzo mam wprawę w czymś takim, nie wiem do jakiego stopnia mam być twarda. W każdym razie pół roku czekałam na taki moment.
Nie wszystko się układa jakby się chciało. Ktoś chce mnie, ale ja nie chce jego. Jaki to problem niechciana miłość! Zwykle ogląda się to od odwrotnej strony: nieszczęsliwa/y porzucona/y. Co mogę zrobić więcej, powiedziałam jasno, wyraźnie, ktoś nie nie chce zrozumieć, czepia się, próbuje. No coż, nie wszystko jest na nasze życzenie… I jest zadra, cień. Nie jedyny. Niedługo znowu szpital.
Mrówa
Tylko metoda mrówki daje skutki. Szukam pracy, to jasne ale nie przestaję pracować w domu. Głupio nieśmiała autoreklama rzucona po znajomych, nielicznych zresztą, dała pierwszy rezultat. Mam zamówienia na swoje „wyroby” - swoją drogą co za okropne słowo! Dzieła z kolei za duże słowo, o wiele za duże. Do dzieł dorastam spokojnie i bez paniki, wiem co mogę i do czego mierzę. Nie mogę marnować czasu, dostałam go w prezencie, prezentów się nie wyrzuca!
Lubię swoją pracę, lubię nawet okropnie nudny widok z okna mojej prowizorycznej ale wygodnej pracowni, widok o każdej porze doby. Mały sukces a już odmienił moje nastawienia: spotkam się dziś ze znajomymi, będziemy się kłócić, co warto czytać teraz, może uda się wypad do Wawki na wystawę we wrześniu? Moja piekielnie zdolna kuzynka ma wernisaż, wreszcie w kraju. Życie przyspiesza kroku to i ja też!!!
Dzieci nie moje
Wiem, będą krzyki oburzenia, niektóre autentyczne nawet, ale w większości obłudne. Dzieci nie są dla mnie sensem życia i nie przewiduję zmian. Od najmłodszych lat uparcie twierdziłam, że nie nie chcę mieć dzieci, jedną ciotkę potraktowałam agresywnie i ugryzłam, kiedy mnie przekonywała, że zmienię zdanie. Miałam wtedy jakieś dziesięć lat i do tej pory na samo wspomnienie incydentu narasta we mnie upór. Wreszcie mi dali spokój, choroba mnie uprawiedliwia. Co nie znaczy, że jestem królem Herodem, gotowym łebki rozbijać o ściany. Unikam dzieci i pielęgnuję siebie samą - to dziecko, które we mnie jest i to wszystko, co mi z dzieciństwa zostało, to dziecięce zdumienie… To cenię, cenię ludzi, którzy te cechy zachowali.
Dzieci unikam jak morowej zarazy. U mnie w rodzinie było ich dużo… widocznie nabrałam niechęci poprzez ten nadmiar.
Dziś rano wpadła znajoma, z wieścią, że ma świetne dla mnie zajęcie. Uszy mi się wydłużyły z ciekawości. Otóż jej szefowa, szuka kogoś do opieki dla „dwójki” dzieci. Już nie nie mówię, że poprawnie jest DWOJGA dzieci, bez względu na płeć, ale cóż, czego od polonistki wymagać…
Jasne, odmówiłam z wielkim ogniem i uzasadniłam, dobitnie - ja się nie nadaję, zupełnie nie. Dziękuję bardzo pięknie i żadne pieniądze nie pomogą. Nastąpił szok (udawany) i oburzenie (obłudne) a następnie dumny odwrót. Cóż, chciała zapewne zrobić przysługę szefowej. Mogłabym tam sprzątać, myć kilble i więcej, ale dzieci - za nic!!! Nie dotarło do niej… Szkoda.
Nie lubię tego hasła: wszystkie dzieci są nasze! Jest kłamliwe, a nawet niebezpieczne! Tak samo nie lubię zwyczaju nazywania każdego „ciocia”, „wujek”, choć ze wschodu mój ród i tam jest to popularne - to sprawia, że dziecko traci poczucie granicy, kto jest obcy, a kto rodzina. Nie gwarantuje to bezpieczeństwa, ale je zwiększa.

