Tak rano, że aż wschód!
Jadę do pracy rano, bardzo rano. Nie przywykłam do oglądania poranków od tej strony. Życia nabieram zawsze późnym popołudniem, więc w autobusie odnaduję siebie znienacka, z wielkim zaskoczeniem. Spotykam zawsze tych samych ludzi, już ich poznaję.
Szara Pani, jest najdokładniej szara, szare wyraziste oczy za szkłami szarych okularów. Z szarej torby wyciąga książkę i czyta. Uśmiecha się wtedy. Chyba to Harlekiny, choć trudno podejrzeć; okładki obłożone szarym papierem..
Pan z Obiadem, tak go nazywam. Z nieodłączną obiadową kanką, w spodniach starannie odprasowanych, wyczyszczonych do połysku butach. Stoi i patrzy na ulicę, nigdy nie usiadł.
Sekretarka. Śliczna, skromnie, z gustem ubrana w ciuchy świetnych marek z teczką prawie męską, pachnie Opium, oryginalmymi z pewnością.
Baba z Torbą. Wielką w kratkę, ona też wielka. Z podejrzanej nieumyślnie zawartości torby, wiem że akwizytorka firmy kosmetycznej pielgrzymująca po zakładach pracy zapewne, sądząc po miejscach gdzie wysiada. Dziwne, że tak rano…
Zakonnica wysiada w miejscu, gdzie pozornie jest pustkowie i szybko znika na ścieżce do… nikąd?

