Pracowalim, k***……. (historia niedawna) część II
Potem już było wszystko jasne; podzieleni na grupy, zostaliśmy skierowani, a to do magazynu, a to „na” warzywa; ja i jedna wynędzniała facetka „na spożywczy”…
Dostałam wózek, na wózek załadowano parę palet słoików tych dużych z ogórkami. Zabrałam się ochoczo do ustawiania wybierając opcję od góry do dołu. Zaraz się okazało, że mam za małe dłonie, nie daję rady słoika w jednej utrzymać, no nic, zaczęłam ustawiać obiema i robić to szybciej.
- Nie spiesz się, k*** coś ty taka ch***owata - usłyszałam syk Wynędzniałej.
Spojrzałam zaskoczona, niezdolna do wydania dźwięku, aczkolwiek w swoim życiu słyszałam dość dużo.
- A, co? - zapytałam odzyskawszy mowę.
- Masz płacone za czas, nie, k***?
Nieco zwolniłam tempo, ale ona mnie pilnowała, co widziałam kątem oka. W taki sam sposób zobaczyłam jak z fałd jest szerokiej spódnicy wypada pusty papierek po batoniku. Jeszcze nic sobie nie myślałam…
Po dwóch godzinach, byłam prawie gotowa wspomagać się z lekka tą k***…… zaczęłam odczuwać przykrość w ramionach unoszonych w górę i w dół. Nastepny wózek, artykuły sypkie, kasze, ryż, fasole.
Nagle pojawia się kierowniczka i zarządza przerwę na posiłek. Nie mam nic ze sobą, nie jestem głodna, ale podążam za wszystkimi. Już dawno nie ma klientów, nie mogę tu zostać sama. Więc idę, siadam na boku, milczę. Wszyscy patrzą na mnie z ukosa, każdy ma kanapki, pije darmochę, wodę tu dają trzeba przyznać. Czuję się nieswojo, nie mam jak zabrać głosu, omawiają coś z „telewizora”.
- Jak wczoraj siedzielim na telewizorze, to ja p****lę, małom nie zdechła - relacjonuje któraś.
Wreszcie powrót do półek. Przede mnią idzie Wynędzniała i nagle z iście małpią zręcznością chwyta garść batonów i chowa gdzieś w spódnicy. Ogląda się na mnie i mruga porozumiewawczo. Czuję się przez moment jak jej wspólniczka!
Po sześciu godzinach następuje koniec pracy, każdy dostaje wypłatę do ręki 5zl za godzinę to teoria, naprawdę 4,85zl. Kierowniczka zwraca się do mnie, kierując w moją stronę metrowego tipsa:
- Ciebie tu widzę jutro - mówi tonem królowej udzielającej łaski.
I jeszcze rewizja, ręce, króre macają po kieszeniach tak ciasnych, że byłoby widać nawet papierek. Plecak był w szatni - nie szkodzi, przy wszystkich zawartość wywalona, przegrzebana.
Zaczynam liczyć w pamięci, odejmuję koszty dojazdu…. dopiero kiedy wychodzę na zewnątrz uświadamiam sobie porę nocną mocno i fakt, że autobusy kursują co godzinę… Słyszę strzelające drzwiczki, to odjeżdżają pozostali pracownicy. Jeszcze słyszę z oddali:
- Ale pracowalim, k*** dzisiaj!
Zostaję sama na olbrzymiej przestrzeni parkingu.
Ruszam przed siebie, w ciemność. Ta ciemność ma kolor czerwony, mojej wściekłości kolor! Do domu jakieś cztery kilomery.


on czerwiec 18th, 2007 at 07:37
to ta czesc leniwego spoleczenstwa ktora sie nie uczy ,popiera rydzyka i wybiera kaczorow i jeszcze maja stale pretensje ze im sie cos nalezy od panstwa
on czerwiec 18th, 2007 at 10:37
Jakże błędna diagnoza! To jest ta część społeczeństwa żyjąca na na jego peryferiach, nazywana marginesem. Ci ludzie nie głosują, w nic nie wierzą, cierpią na zanik uczuć wyższych. Może kiedyś i o tym napiszę, ale akurat obawiam się reakcji co wrażliwszych osób… Ich życia trudno sobie wyobrazić… Owszem wyszarpują od państwa ile się da, tego akurat nauczyli się szybko, a właściwie nauczyło ich państwo!
Klienci Rydzyka to inni, skrajnie inni ludzie! I inny temat.