Tak tam smutno o poranku….
Poranek zaskakująco chłodny. Uczynna dusza wysadza mnie na krzyżówce, stąd trzy kilometry pieszo, polną drogą. Maszeruje mi się świetnie, ale im bliżej celu tym ciężej. Już widzę padok, już widzę ropędzone cztery kopyta i jak zawsze niesforną grzywę. Stąd nie można zobaczyć jej oczu, lekko skośnych, cudownie głębokich i uważnych, a teraz napewno z tym jej właściwym dzikim błyskiem. Już mnie dopada, przygniata do żerdzi, jakby się bała, że znikne, a potem swoim zwyczajem zarzuca mi łeb na plecy i zastyga jak posąg.
Jest cudem urody jak każdy arab i charakter ma, że ho, ho! Trudno mi było znaleźć nowego właściciela, ale taki koń, nawet się weszło w jego posiadanie przypadkiem, to luksus niebywały.
Chyba coś przeczuwała, zaglądała mi oczy swoimi krótkozwrocznymi ślepiami, cicha była i spokojna, jakby zrezygnowana, a może to ja czytałam w niej swoje emocje?
Osiodłałam. Ostatni raz ruszyłyśmy razem, te kilka kilometrów wlokło się nieznośnie. Koniec świata, koniec końskiej przyjaźni. Zdrada. Zdradziłam to ufne, wierne stworzenie, które zawsze bezbłednie wiedziało, kiedy wpadne je odwiedzić, które mnie nigdy nie zawiodło. I nie pomoże pocieszenie, że dostało się w dobre ręce.
Wracałam z gorzką wiedzą o Judaszu mając wypchaną srebrnikami kieszeń.

