Strona główna Expressu Bydgoskiego
Strona główna Nowości

Cudzoziemka


Dżungla słów

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 29th, 2007

Ostatnio znów z konieczności musiałam odbyć pielgrzymkę po różnych urzędach. Jedyne określenie to droga przez mękę i to nie moją, tylko nieszczęsnych urzędników, jak zauważyłam. Jednocześnie to był, przynajmniej dla mnie dowód ich niekompetencji, braku profesjonalizmu. Równie dobrze, za wieloma biurkami, tudzież barierkami, można posadzić krowy - nawet pożytku więcej, wszak od krów można coś wydoić, w wielu urzędach można zyskać … dezinformację!

Od razu wytłumaczę. Do rzecznych urzędów udałam się przygotowana, oczytana w najnowszych ustawach, rozporządzeniach i takich tam. O nie, nie dałam po sobie poznać, że coś wiem! To najgorsza metoda, zupełnie jakby baba poszła do lekarza z gotową diagnozą! Co to, to nie. Grzecznie objawiałam przed urzędnikami swój problem i dostawałam tak różne, tak sprzeczne często informacje, że doprawdy nie sposób uwierzyć, że nie to świat Kafki…

W dodatku ten osobliwy metajęzyk, żargon nakazujący mi udać się „na pokój” 414… Natychmiast mi przychodziła na myśl drabina i stanowczo odmawiam! Na nic nie będę się wspinać!

Czy jest jakieś miejsce, gdzie osoba niezamożna może otrzymać pomoc prawnika??? Usługi radców prawnych są owiane legendą, czy też prawdą, kosztowności, że boję się pytać…

A to Polska właśnie!

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 27th, 2007

Uwielbiam podróże, nawet te najkrótsze, miejskim autobusem, na rowerze. Tym razem powód był przykry i nagły, a że zbiegł się z innymi wydarzeniami zabrałam sprzęt fotograficzny i kamerę na wypadek wszelki.

Podróż długa, przez szmat kraju. Jakże pięknego!  Nie jestem pewna, czy doceniamy nasz krajobraz, jego soczyste piękno.

Po załatwieniu obowiązków jak tylko mogłam najszybciej zjawiłam się w Kazimierzu Dolnym, jakże mogło mnie tam nie być! W tej autentycznej stolicy nieco już podrabianego folkloru i sztuki prawdziwej.  W tym roku Kazimierz szokował nieprzebranymi tłumami turystów, kupujących na kiermaszu tak, że wielu twórców z pewnością żałowało, że towar skończył się tak szybko. Pogoda była łaskawa i misteczko aż wypiękniało napełnione krystalicznie przejrzystym powietrzem zwieńczone intensywnie błękitnym niebem.

To najpiękniejsze miejsce w Polsce, kto nie wierzy niech sprawdzi.

Jatka na górze

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 21st, 2007

To nie jest tak, że nie interesuje mnie polityka, ale… prześlizguję się ponad nią, szczególnie tutaj. To jest sfera, która potrafi rozpalić do czerwoności, skłócić rodziny nawet, a co dopiero społeczeństwo. Dlaczego tak?

Zauważmy, że wszędzie tam, gdzie pozostają niezaleczone rany, urazy, wrzody, tak jest. A u nas wre dosłownie wojna na cięzkie słowa i osobiste obrażanie się pomówieniami. Przykład idzie z góry, mówiono kiedyś. Niestety, od wielu lat, bo przecież to nie zaczęło się od tej kadencji, leją się z góry fekalia…

Czuję się jak szczęściara, bo nie mam telewizora, nie muszę niczego wyłanczać w popłochu. Czytam co chcę i gdzie chcę zasięgam informacji. Po to jest internet! Tak o wiele lepszy od telewizji, że daje czas na włączenie własnych szarych komórek, na refleksje…

Tego wszystkim internautom życzę!

Etykiety

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 19th, 2007

Łatwo się je przykleja, łatwo podchwytuje, szczególnie jeśli słychać dokoła chór powtarzający te napisy z nalepek.

Ostatnio zrobiły wielką i co tu kryć, haniebną karierę dwa takie słówka: „berety” domyslnie moherowe i „wykształciuchy”.  Dlaczego haniebną? Bo zawierają ładunek pogardy! Dziwię się jak wielu ludzi bezmyślnie powtarza te słowa! Dlaczego nikt nie pomyśli, że rzucając taką pogardą upodla siebie samego także?!

Jakże to łatwe rzucić tym słowem „beret” w stronę guzdrającej się przy kasie, nieporadnie zbierającej zakupy staruszki. Tak, była świadkiem takich scen. Pojęcie moherowego beretu od oznaczania wyznawców Rydzyka przenioslo się na wszystkich starszych ludzi razem z szyderstwem i pogardą!

Mam swoje zdanie na temat Rydzyka i jego radia, wyjawię je za chwilę. Otóż co by nie powiedzieć to nikt inny tylko on, zauważył istnienie rzeszy starych, często samotnych, chorowanych ludzi i zrobił coś dla nich!  To temat spory, więc ślizgam się po wierzchu i stwierdzam ogólnikowo: tak Rydzyk zrobił dla tych ludzi coś pozytywnego. Inna sprawa to przesłanie jakie niesie to radio.

Radia słuchałam jakoś niezbyt długo po uruchomieniu, z ciekawości, bo nigdy z takim zjawiskiem nie miałam do czynienia. I tamże usłyszałam w pogadance, czy jakby to nazwać, że człowiek, który nie przestrzega Adwentu to jest debil, czyli ktoś na poziomie ucznia klasy czwartej - dosłownie! Zostało to dobitnie powtórzone dwa razy, a więc nie było mowy o omamach słuchowych. Akturat wtedy moja siostra była w czwartej klasie, można sobie wypbrazić, co czułam! Znowu pogarda i to w chrześcijańskim radio! Nigdy więcej nie sprawdzałam co też tam mają do powiedzenia.

Dziwi mnie też „wykształciuch” bynajmniej nie pieszczotliwe okreslenie, dlaczego? Skąd? Skąd ta próba deprecjacji, zminimalizowania ważności wykształcenia?!  Czyżby jakieś kompleksy? Czyje i dlaczego?

Nie, ja nie ulegnę tej przedziwnej „modzie” w moim słowniku tych słów nie będzie; nie ma we mnie pogardy.

W odpowiedzi Panu Profesorowi Nalaskowskiemu

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 17th, 2007

 http://www.nowosci.com.pl/look/nowosci/article.tpl?IdLanguage=17&IdPublication=6&NrIssue=527&NrSection=80&NrArticle=68715&IdTag=832

Czytając ten felieton mam wrażenie, że Pan Profesor uległ złudzeniu: tu nigdy nie było normalnego kraju.  I doskonale rozumiem, co się kryje w tym akurat przypadku pod teminem „normalność”. Skąd wiem? Otóż nie  ze szkoły, a właściwie nie ze szkół….  Ale to własnie na szkołach chcę się skupić.
Cały ten problem dotyka szkoły w sposób bolesny jak operacja na otwartej ranie bez znieczulenia. To dotyka Pana, Panie Profesorze także. Jako przedstawiciela nauk pedagogicznych i jako praktyka także. To nie jest oskarżenie, w przeciwieństwie do Pańskiego tekstu, nie ociekam jadem i satyfakcją. Szkoła błądzi, owi „plugawi” internauci to także produkt, czasem końcowy, naszych szkół.
Oglądam ten problem od lat kilku z zaskakującego punktu widzenia. Piszę prace zaliczeniowe, wypracowania, piszę magisterki. Wiem, zaraz będzie święte oburzenie. Wykonuję jednak pewną pracę, dostaję za nią wynagrodzenie i płacę podatki - mówię, by uprzedzić paskudniejsze insynuacje. Interesuje mnie, dlaczego przychodzą do mnie, dlaczego nie sami??? Odpowiedzi to materiał na niejedną pracę doktorską na temat kondycji polskiej szkoły. Nie będę tu rozwodzić się o szczegółach. Owszem zlecenia mam od nieuków ale zdecydowana większość to osobnicy i osobniczki, zdolni, ambitni ale dostający zadyszki, nie nadążający za wymaganiami, szczególnie jeśli sami postawili sobie poprzeczkę wysoko.
———————————
Właśnie internet ukazuje całą klęskę szkoły, nie wiem czy tylko polskiej, bo na zagranicznych portalach nie jest lepiej wcale.  Pokazuje to olbrzymi rozjazd szkoły i rzeczywistości. Jak widać szkoła nie przygotowuje do życia, co jest tragedią. Życie ucznia, to survival, od testu do testu, od sprawdzianu do sprawdzianu. To się zostawia w szkolnych murach, wychodzi na ulicę bez tego balastu, bez tego obciążenia klika się…

Nie mam poczucia wstydu, kiedy czytam bzdurne komentarze. Ci, którzy powinni mieć, nie znają go wcale. Ale też nie znają innych pojęć takich jak godność, honor.  Dziś preferuje się inne wzorce, wykastrowane z tych wartości. Dziś już kilkuletnie dziewczynki marzą, być jak niejaka Paris…

Pracowalim, k***……. (historia niedawna) część II

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 16th, 2007

Potem już było wszystko jasne; podzieleni na grupy, zostaliśmy skierowani, a to do magazynu, a to  „na” warzywa; ja i jedna wynędzniała facetka „na spożywczy”…

Dostałam wózek, na wózek załadowano parę palet słoików tych dużych z ogórkami. Zabrałam się ochoczo do ustawiania wybierając opcję od góry do dołu. Zaraz się okazało, że mam za małe dłonie, nie daję rady słoika w jednej utrzymać, no nic, zaczęłam ustawiać obiema i robić to szybciej.

- Nie spiesz się, k*** coś ty taka ch***owata - usłyszałam syk Wynędzniałej.

Spojrzałam zaskoczona, niezdolna do wydania dźwięku, aczkolwiek w swoim życiu słyszałam dość dużo.

- A, co? - zapytałam odzyskawszy mowę.

- Masz płacone za czas, nie, k***?

Nieco zwolniłam tempo, ale ona mnie pilnowała, co widziałam kątem oka. W taki sam sposób zobaczyłam jak z fałd jest szerokiej spódnicy wypada pusty papierek po batoniku. Jeszcze nic sobie nie myślałam…

Po dwóch godzinach, byłam prawie gotowa wspomagać się z lekka tą k***…… zaczęłam odczuwać przykrość w ramionach unoszonych w górę i w dół. Nastepny wózek, artykuły sypkie, kasze, ryż, fasole.

Nagle pojawia się kierowniczka i zarządza przerwę na posiłek. Nie mam nic ze sobą, nie jestem głodna, ale podążam za wszystkimi. Już dawno nie ma klientów, nie mogę tu zostać sama. Więc idę, siadam na boku, milczę. Wszyscy patrzą na mnie z ukosa, każdy ma kanapki, pije darmochę, wodę tu dają trzeba przyznać.  Czuję się nieswojo, nie mam jak zabrać głosu, omawiają coś z „telewizora”.

- Jak wczoraj siedzielim na telewizorze, to ja p****lę, małom nie zdechła - relacjonuje któraś.

Wreszcie powrót do półek. Przede mnią idzie Wynędzniała i nagle z iście małpią zręcznością chwyta garść batonów i chowa gdzieś w spódnicy. Ogląda się na mnie i mruga porozumiewawczo. Czuję się przez moment jak jej wspólniczka!

Po sześciu godzinach następuje koniec pracy, każdy dostaje wypłatę do ręki 5zl za godzinę to teoria, naprawdę 4,85zl.  Kierowniczka zwraca się do mnie, kierując w moją stronę metrowego tipsa:

- Ciebie tu widzę jutro - mówi tonem królowej udzielającej łaski.

I jeszcze rewizja, ręce, króre macają po kieszeniach tak ciasnych, że byłoby widać nawet papierek. Plecak był w szatni - nie szkodzi, przy wszystkich zawartość wywalona, przegrzebana.

Zaczynam liczyć w pamięci, odejmuję koszty dojazdu…. dopiero kiedy wychodzę na zewnątrz uświadamiam sobie porę nocną mocno i fakt, że autobusy kursują co godzinę… Słyszę strzelające drzwiczki, to odjeżdżają pozostali pracownicy. Jeszcze słyszę z oddali:

- Ale pracowalim, k*** dzisiaj!

Zostaję sama na olbrzymiej przestrzeni parkingu.

Ruszam przed siebie, w ciemność. Ta ciemność ma kolor czerwony, mojej wściekłości kolor! Do domu jakieś cztery kilomery.

Pracowalim, k***……. (historia niedawna)

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 15th, 2007

Rok temu? Ciepło było to pamietam. Koleżanka wpadała do mnie i z błaganiem w oczach runęła jednocześnie prośbą i opowieścią tyleż rzewną, co bulwersującą i to nie pojedyńczo tylko chyba potrójnie…

Otóż jako szczęściara mająca „słusznie” ustawionych życiowo rodziców dostała świetną pracę i na początek musiała się wykazać, że zasługuje. Pominę milczeniem jej miejsce pracy, ale była to pewna redakcja, pewnego czasopisma lub dziennika, tak dla zmyłki powiem. Starała się, chciała napisać reportażyk (o rany, nie kopię pod nią dołków, ona już tam nie pracuje, ona zmywa gary w Londynie) Nawet pomysł miała, zatrudniła się do układania towaru w supermarkecie. Po godzinie pracy, chyba tak jakoś niedługo to trwało, wyrzucono ją, dosłownie wypychając z towarowego raju za ramię i z komentarzem, którego z pewnością mi nie powtórzyła. Jej błagalna prośba była tej treści, żebym ja spróbowała i opisała jej tę pracę a najlepiej wzięła dyktafon i nagrała…

Zgodziłam sie ochoczo, każda przygoda mi miła. Po chwili namysłu zrobiłam z siebie sierotkę, ubrałam się w dżinsy i skromnego T-shirta a następnie pojechałam do tego zdroju dającego pracę…. Rzecz jasna z dyktafonem się nie wygłupiałam, pamięć nam niezłą, a jej dyktafon był z tych najdroższych, więc z moim niefartem do rzeczy technicznych, wolałam go zostawić w domu.

Na miejscu czekało już kilku kandydatów, na oko osoby pracujące w antraktach rzadkich stanów trzeźwości. W większości kobiety, co mnie nieco zdziwło, bo taka praca do lekkich nie należy. Nic to.

O godzinie 20-tej zjawiła się kierowniczka, pani w słusznym wieku i w wielkich pretensjach zrobiona na wielki dzwon, z  wieczorowym zgoła makijażem i dyskotekowej spódniczce, okropnie kłótliwej z wiekiem właścicielki, no ale to nic nie ma do rzeczy. Kierowniczka zaczęła od wykładu skróconego, jak należy się zachowywać, a właściwie czego nie wolno; dużo tego było. Na mnie zwróciła uwagę i cały czas mówiła do mnie. Mało nie poczerwieniałam jak z naciskiem pouczała, mnie - skoro na mnie się gapiła, że kraść nie wolno, że będzie rewidować przy wyjściu.  Mściwie pomyślałam, że moja szanowna koleżanka powinna mi dopłacić za przysługę i to sporo!

cdn…

Tak tam smutno o poranku….

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 14th, 2007

Poranek zaskakująco chłodny. Uczynna dusza wysadza mnie na krzyżówce, stąd trzy kilometry pieszo, polną drogą. Maszeruje mi się świetnie, ale im bliżej celu tym ciężej.  Już widzę padok, już widzę ropędzone cztery kopyta i jak zawsze niesforną grzywę. Stąd nie można zobaczyć jej oczu, lekko skośnych, cudownie głębokich i uważnych, a teraz napewno z tym jej właściwym dzikim błyskiem.  Już mnie dopada, przygniata do żerdzi, jakby się bała, że znikne, a potem swoim zwyczajem zarzuca mi łeb na plecy i zastyga jak posąg.

Jest cudem urody jak każdy arab i charakter ma, że ho, ho! Trudno mi było znaleźć nowego właściciela, ale taki koń, nawet się weszło w jego posiadanie przypadkiem, to luksus niebywały.

Chyba coś przeczuwała, zaglądała mi oczy swoimi krótkozwrocznymi ślepiami, cicha była i spokojna, jakby zrezygnowana, a może to ja czytałam w niej swoje emocje?

Osiodłałam. Ostatni raz ruszyłyśmy razem, te kilka kilometrów wlokło się nieznośnie. Koniec świata, koniec końskiej przyjaźni. Zdrada.  Zdradziłam to ufne, wierne stworzenie, które zawsze bezbłednie wiedziało, kiedy wpadne je odwiedzić, które mnie nigdy nie zawiodło.  I nie pomoże pocieszenie, że dostało się w dobre ręce.

Wracałam z gorzką wiedzą o Judaszu mając wypchaną srebrnikami kieszeń.

Wydeptana autostrada do…

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 13th, 2007

Najtrudniej walczyć o swoje, najtrudniej w swoich sprawach się odważyć, przełamać nieśmiałość, przekonanie o własnej skromności. Do czorta!!! Jaka tam skromność: dla siebie samej, zaznaczam dla siebie, jestem cholernie ważna, jestem zdolna, umiem wiele! Tylko jak o tym przekonać przypuszczalnego-ewentualnego dawcę pracy? Moje dowody na piśmie są skromne, walczyłam długo na własny rachunek, tacy wolni strzelcy nie mają lekko, ale to hartuje! Kiedy widzę błysk zainteresowanie muszę, ale to muszę powiedzieć na końcu: mam białaczkę. I wtedy wszystko pryska. Na ogół wśród słowów  pełnych litosiernego współczucia czym prędzej odprowadza się mnie do drzwi, jakbym przynosiła zarazę, trąd conajmniej…

Moja nadzieja wydeptuje autostradę, dokąd ona wiedzie?

Rozpacz ma kolor … ?

Dodane do parafelieton przez Cudzoziemka czerwiec 11th, 2007

Nie należę do tych, którzy żyją pobożnymi życzeniami, że coś się zrobi samo, spadnie z nieba manną czy innym zbożem. Jestem człowiekiem walki. Teraz z szczególnej sytuacji, spętana chorobą, która już nigdy - czego mam świadomość - nie odejdzie.  Jednak po po długiej pielgrzymce po urzędach ogarnia mnie rozpacz w kolorze … no właśnie, czerwonym jak wściekłość!!!  W samym tylko ZUSie na każdym piętrze inna interpretacja, żeby chociaż podobna…

Nie chcę niczego, nie chcę żadnej jałmużny, zasiłków, datków, nie chcę nawet tej państwowej litosiernej łaski. Chcę pracy. Okazuje się to za wiele.  Wykształcenie, umiejętności, mogę podłożyć pod tramwaj. Marzenie o telepracy prysnęło już dawno. Telepraca w Polsce to mit.

Co dalej? Szukać do skutku, albo umierać po cichu za to z godnością.

Następna strona »