Żarłoczność
Wryzam się w to miasto w olbrzymią gruchę. Tak, jest wielka. Ma na skórce i rumieniec i zieloność. Na plamy. Być może we wnętrzu kryje się robak? Do czorta! Niech się mnie boi!
Jeszcze nie wiem gdzie szukać pulsu tego miasta, nie wiem nic prawie. Wszystko to są wrażenia, ulotne impresje, za mało, by poznać smak, za mało by poczuć słodycz czy gorycz. Od starych kamienic śmierdzi moczem, stęchłym brudem. Wisła toczy mętną wodę. Nie ma tej widokówkowej niebieskości.
Zieleń kiełkuje zaledwie. Buchnęło trochę kwiatami. Ja dziecko, dalekiego obcego dla Was miasta, nie umiem nazwać tych roślin, tych szalejących kwitnieniem gałęzi.

